10 najbardziej inspirujących piosenek (cz. 1)

Nic tak nie pobudza do działania, jak odpowiednia muzyka! Podczas wsłuchiwania się w jej brzmienie, do głowy napływa setki przemyśleń, które, przy odrobinie samozaparcia, realizujemy w świecie rzeczywistym. Tak, uważam, że muzyka jest podróżą w zupełnie inny, równoległy świat, pełen marzeń i możliwości. Jeżeli jesteś ciekawy, jakie kawałki inspirują mnie do tworzenia nowych kadrów, to usiądź wygodnie przed komputerem i wyrusz ze mną w muzyczną podróż (filiżanka aromatycznej kawy jak najbardziej wskazana)!

/Kolejność przypadkowa/

1. MGMT – The Youth

Kawałek pierwszy raz usłyszałam w filmie Jordana Vogta-Robertsa, Królowie lata. Produkcja wywołała na mnie ogromne wrażenie, między innymi dzięki świetnemu doborowi utworów muzycznych, stąd też postanowiłam poświęcić swoją uwagę soundtrackowi. Nie żałuję, ponieważ The Youth to jeden z tych kawałków, które potrafią mnie zahipnotyzować już od pierwszych sekund ich trwania.

Po wciśnięciu „play” wspomnieniami wracam do letnich wieczorów, odbijających się od wody promieni zachodzącego słońca (i komarów… no dobra, nie będę psuła tej błogiej atmosfery) oraz eskapad rowerowych w nieznane. Kurczę… całkiem fajnie było, kiedy miało się te naście lat.

MGMT zaczęłam słuchać będąc w liceum – od razu przypadła mi do gustu mnogość nieszablonowych, wpadających w ucho brzmień oraz solidna dawka pozytywnej energii.

2. Miuosh feat. Katarzyna Nosowska – Gwiazdy i tramwaje

Kiedy pewnego wieczoru znajomy wysłał mi tę piosenkę, nie dawałam jej zbyt wielu szans na znalezienie się w mojej inspirującej playliście – Miuosh to nie moje klimaty. Do odsłuchania przekonał mnie argument o nawiązaniach do Katowic oraz elektroniczne wstawki. Włączyłam, czekałam na jakiś impuls, że to jest właśnie to, czego szukałam i… dwudziesta czwarta sekunda mnie przekonała. Jeśli to czytasz, mój znajomy, to wiedz, że tym razem trafiłeś w dziesiątkę.

Pierwsze dni wiosny, jadę autobusem jednej z najbardziej pożądanych w Katowicach linii autobusowych – nagle do pojazdu wsiada chmara hałaśliwych nastolatków. Myślę sobie, kur*a, łeb mi zaraz pęknie od tych krzyków. Zaczynam nerwowo grzebać w swoim plecaku (drodzy panowie, plecak kobiety przejmuje te same właściwości co torebka), by po kilku minutach cieszyć się widokiem moich bieluteńkich słuchawek (białe kadry, białe słuchawki – a co!). W momencie, gdy je zakładam, towarzyszy mi uczucie ulgi – wreszcie mogę stąd uciec. Tym oto sposobem „Gwiazdy i tramwaje” umiliły mi dalszą podróż komunikacją miejską…

3. Dawid Podsiadło – Pastempomat

Nie słuchałam go wcześniej, bo myślałam, że to kolejny polski Justin Bieber. Omijałam szerokim łukiem przy każdej możliwej okazji, tym bardziej, że „Trójkąty i kwadraty” mnie nie przekonały. Poważnie zastanawiałam się nad jego fenomenem, aż do momentu, gdy usłyszałam „W dobrą stronę”. Ten kawałek zadziałał jak kubeł zimnej wody – Ej, to jest dobre! – pomyślałam.

Czerwiec lub lipiec, nie pamiętam dokładnie – w każdym razie pogoda dopisywała. Pojechaliśmy do Żor, żeby na własne uszy przekonać się, czy Dawid Podsiadło na koncertach brzmi równie zadowalająco. Pomijam już fakt, że przez swoje 150 cm w kapeluszu musiałam stać na palcach, żeby cokolwiek widzieć… W trakcie mozolnego szukania odpowiedniego miejsca, setnej próby ujrzenia Dawida i ciągłego narzekania na to, że 90% ludzi jest ode mnie wyższych, usłyszałam „Pastempomat”. Stanęłam jak wryta w korytarzu kolorowych świateł, uderzających w nas wprost ze sceny. To jeden z tych magicznych momentów, do których zawsze będę wracać i szukać w nim inspiracji.

4. Bon Iver & St. Vincent – Roslyn

Zmierzch… niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie widział ani jednej części! Albo chociaż pięciu minut! Dla mnie ta seria filmów to skarbiec, pełen soczystych kawałków muzycznych, które do dzisiaj goszczą w mojej playliście. Wśród nich stale odsłuchiwany jest „Roslyn”. Przede wszystkim uwielbiam w nim spokój oraz kojące brzmienie gitary akustycznej.

Podczas wsłuchiwania się w melodię, odpływam marzeniami. Siedzę nad górskim strumieniem, ubrana w stare jeansy i czerwoną, kraciastą koszulę z flaneli. Poranna mgła unosi się nad polanami, zasłania wierzchołki iglastych drzew. Oddycham czystym i rześkim powietrzem, trzymając w ręce termos z gorącą kawą. – O, gdzieś w głębi lasu słychać stukot dzięcioła! Czy mogę tu zostać na zawsze? – myślę sobie. Patrzę na otaczające mnie piękno i wiem, że kiedyś ta wizja się spełni.

5. Tame Impala – Feels Like We Only Go Backwards

Cóż to za piękny utwór! Wiesz, kiedy go słucham, wydaje mi się, że pływam w morzu swoich myśli. Układam milion scenariuszy, które gdzieś w równoległym świecie na pewno są tymi wiodącymi.

Wyobraźnia znowu pracuje na najwyższych obrotach…Wsiadam do starego kampera, odpalam buczący silnik. – Czy mam jakiś plan? – pytam samą siebie. – O jakim planie ty bredzisz? Jedźmy przed siebie! – odpowiadam bez chwili zastanowienia. Mijam okoliczne wioski, klnę w miejskich korkach, oglądam świat przez pryzmat przygody. Nie gonią mnie żadne terminy, ani tym bardziej obowiązki. Tak jakby wszyscy o mnie zapomnieli, a ja zapomniałam o nich. 

 

PS Nigdy nie byłam wierną fanką muzyki popularnej, ponieważ preferowałam coś, co ułatwi mi podróż w najskrytsze zakątki umysłu. Takiej odskoczni od rzeczywistości na pewno nie oferował mi kiczowaty pop. Dopiero długie godziny pracy przy włączonym radiu (reszta słuchała, więc trochę głupio było wyłączyć) sprawiły, że ja i pop się do siebie zbliżyliśmy, aczkolwiek w tej relacji nigdy nie będzie chemii. Pisząc w wielkim skrócie, słucham: „smętów”, nudnych jak flaki z olejem i w dodatku niemiłosiernie dołujących… W ten sposób moje preferencje muzyczne oceniali miłośnicy rapu, dubstepu oraz popu. Czy zgodzisz się z ich opinią?

 

Post Author: Agnieszka